Owoc grzechu w snach spoza granic.
Zielone, twrde, soczyste. Pachnie słońcem.
I On, ale nie ten, inny.
Z uśmiechniętą twarzą obok mojej,
Duże, męskie głonie i jabłko.
Jego rzęsy łaskoczą mnie w policzki.
Biorę nieśmiałego gryza i dzielę się.
Jemu też smakuje.
Iskra i zapominam.
Miękkie usta, nowe, nieznane.
Robię coś, na co mam ochotę.
Coś, czego nie powinnam.
To tylko sen.
Zniknie, gdy otworzę oczy.
Rzeczywistość zrówna z ziemią marzenie.
Którego nie chciałam spełniać...